Mieszkając w USA możesz nie mieć adresu, paszportu, prawa jazdy, ale jedyną rzecz, którą musisz posiadać, która określa jednocześnie twój status społeczny jest numer ubezpieczenia. Czyli masz zdrowie, masz wszystko. Nie przywiązujemy do tego faktu należytej uwagi. Polska znajduje się na niechlubnym trzydziestym miejscu w gronie państw dbających o zdrowie swoich obywateli. Cały czas mamy służbę zdrowia źle zorganizowaną, drogą. Choć – paradoksalnie – lekarzy mamy dobrych i chętnie przyjmują ich do pracy… w Europie. Nie przywiązując wagi do jakości opieki zdrowotnej, ubezpieczamy też swoje zdrowie i życie oraz całej rodziny stosunkowo rzadko. Uważamy, że państwowa służba zdrowia jest za darmo i że się nam należy. Nie jest za darmo. Przez cale lata pracy płacimy co miesiąc na służbę zdrowia wysokie składki, nie ubezpieczamy się, ponieważ szkoda nam na to pieniędzy, a jak idziemy do lekarza to i tak płacimy za wizytę, ponieważ idziemy prywatnie. Jeśli każdy, w momencie urodzenia zakładałby polisę dla swojego dziecka, to gdy ono dorastałoby byłyby na niej zgromadzone całkiem spore pieniądze, które można wykorzystać na start życiowy. W przypadku jakiejś życiowej katastrofy czy wypadku, zawsze byłoby wsparcie finansowe, odłożone też byłyby pieniądze na emeryturę. W przypadku kłopotów z pracą czy ze zdrowiem, można byłoby czerpać finanse z ubezpieczenia. Ubezpieczenie dziedziczone, zabezpieczałoby przyszłość twoich dzieci. W Polsce nie mamy takiej tradycji, nie wiadomo też czy kiedykolwiek ją wypracujemy. A to byłoby proste – mam ubezpieczenie, czyli gwarancję, że w trudnej sytuacji nie jestem sam.